Leżysz.
Bóg.
Nie w niebie, nie w chwale,
tylko w kamieniu, w ciszy, w chłodzie ziemi.
Ciało jak każde inne — ciężkie, bezbronne, martwe.
Stwórca wszechświata oddany w ręce grobu,
jakby nigdy nie było światła.
Kościół milczy.
Żałoba nie ma dźwięku.
Tabernakulum puste jak serca,
które przyjdą za chwilę.
Bo oto zaczyna się procesja koszyków.
Tłum.
Gęsty, duszny, spocony od pośpiechu.
Plastikowe trawy, jajka z marketu,
cukrowe baranki bez krwi.
Święconka w reklamówce,
wiara w folii,
Bóg w kolejce.
Zmiana.
Jeszcze jedna tura.
I jeszcze.
Bo nie sposób pomieścić wszystkich,
którzy przypomnieli sobie, że wierzą.
Dzieci biegają między ławkami,
śmiech odbija się od ścian,
jakby to był jarmark, nie grób.
Kapłan kropi wodą,
jakby gasił pożar,
którego nikt nie widzi.
Każdy się modli.
Nikt nie wie dlaczego.
Nikt nie patrzy tam,
gdzie leżysz.
Nikt nie słyszy ciszy,
która krzyczy głośniej niż dzwony w niedzielę.
Bo łatwiej przynieść koszyk
niż własne serce.
Łatwiej poświęcić jajko
niż własny grzech.
Łatwiej być tutaj przez pięć minut
niż umrzeć z Tobą na krzyżu.
A Ty leżysz.
Sam.
Zdradzony nie przez wrogów,
ale przez tłum wierzących od święta,
którzy stoją metr od grobu
i nie wiedzą,
że Bóg właśnie oddał za nich wszystko.
Wieczór przyjdzie cicho.
Zapali ogień.
Rozedrze noc światłem,
którego nikt nie oczekuje.
Zabrzmi „Alleluja"
po raz pierwszy od dni.
Wigilia Paschalna —
matka wszystkich nocy,
serce wiary,
moment, w którym śmierć pęka od środka.
I nagle…
jest miejsce.
Ławki oddychają pustką.
Cisza już nie jest święta — jest obojętna.
Ci, którzy byli rano,
zostali w domach.
Bo cud jest zbyt wielki,
żeby tracić na niego wieczór.
Bo zmartwychwstanie
nie mieści się w koszyku.
A jednak —
to właśnie tej nocy
rozrywasz grób od środka.
Krzyczysz światłem w samą twarz śmierci.
Wyciągasz człowieka z nicości,
za cenę własnego ciała.
I nikt tego nie widzi.
Nikt,
poza garstką,
która została nie z przyzwyczajenia,
ale z głodu.
Wielka Sobota.
Dzień, w którym Bóg milczy,
a człowiek zagłusza ciszę plastikiem i tradycją.
Dzień, w którym wszystko zostało dane,
a tak niewielu chce to wziąć.
Leżysz.
I czekasz.
Nie na tłum.
Na jednego,
który zrozumie,
że grób nie jest końcem —
tylko drzwiami.
✦